Rzeczywiście, jednego dorwaliśmy, leżał przy głównej bramie, z nogą podkurczoną pod siebie. Wewnątrz domu, w korytarzu przy wejściu, na sufitach widać było krew, a na ścianach fragmenty tkanki. Dipu leżał martwy, Kataruka też.
Tego dnia w moim domu zginęło siedemnastu mężczyzn, cztery kobiety i jedno dziecko. Ale w tym momencie nie znaliśmy jeszcze tej liczby, widzieliśmy tylko stos ciał. Dopiero kiedy zaczęliśmy ich odwracać i wynosić, dopiero wtedy znaleźliśmy Subhadrę i Abhiego na końcu korytarza, w kuchni, zwiniętych pod przykryciem jej błękitnego sari. Oboje zginęli od tej samej kuli z kałasznikowa, kuli, która przeszła przez futrynę, a potem przez nich. Nie żyli. Moja żona nie żyła. Mój syn nie żył.
Wróciłem do więzienia. Kiedy już założono mi gips na złamany nadgarstek i zszyto mi ranę na pośladku, kiedy spaliliśmy ciała naszych bliskich, rozważyliśmy stojące przed nami możliwości. Wiedzieliśmy już, że ci policjanci, którzy do nas strzelali, wcale nie byli policjantami, tylko ludźmi Sulejmana Isy, że mundury kupiono w sklepie Maganlal Dresswallas, że furgonetka została skradziona – tak przynajmniej twierdziła policja – z komendy strefy trzynastej. Z pewnego źródła mieliśmy informację, że supari za tę samobójczą misję wynosiło dwa krory, więc każdy z tych czterech maderćodów, którzy przyszli do mojego domu, odszedł bogatszy o pięćdziesiąt lakhów. Ale dwóch nie odeszło, jeden zginął tu na moim podwórku, a drugi zalał wnętrze furgonetki własną krwią, którą z siebie wykrztusił. Zmarł jeszcze tego samego dnia. Ale i tak moi wrogowie nieomal dopięli celu. Nie mogli, co prawda, chełpić się, że zabili Ganeśa Gaitondego w jego własnym basti, w jego własnym domu, ale chwalili się, że uderzyli we mnie w moim własnym gnieździe, że uciekałem przed nimi, że jestem tchórzem, który oberwał w gand. Wstydzili się, że złamali niepisaną, obowiązującą między firmami zasadę zabraniającą krzywdzenia członków rodziny, ale mogli tłumaczyć się, że zdarzyło się to przypadkiem, i mogli mówić, że wzięli się za mój gand.
Ale ja żyłem. Tylko to miało znaczenie. Cokolwiek mówił świat, ja żyłem. I tak naprawdę tylko to ma znaczenie. Honor i duma to marzenia, którymi karmi się ludzi i za które giną, ale moi chłopcy zrozumieli, że nawet dla nich jest lepiej, że przeżyłem. Wciąż tu byłem, mogłem wynagrodzić straty, planować i zemścić się. I musiałem żyć. Dlatego powróciłem do więzienia. Z zaaranżowaniem tego nie było żadnych problemów. Wsiadłem do samochodu z kilkoma ludźmi i pojechaliśmy do Malandu.