Posłuchaj, moja pani – odezwałem się. – Rzeczywiście jestem zestresowany. Wybacz mi więc. Opowiedz mi o swojej matce.
Dźodźo opowiedziała o swoim ojcu, który był kapitanem marynarki. Pracował dla wielkiej firmy, dowodził niewielkimi statkami i całymi miesiącami nie było go w domu. Kiedy wracał, chciał, żeby w domu panował spokój. Papugi w sadzie za domem doprowadzały go do szewskiej pasji, rzucał petardami w czubki drzew i w końcu kupił śrutówkę. Ale pomimo tej eksterminacji koel i jaskółek nie był w stanie wygnać ptaków, które siadały na głowach stawianych przez niego strachów na wróble i w ich brzuchach wiły sobie gniazda. W końcu wycofał się do swojego fotela w sypialni, do uszu włożył sobie czerwone zatyczki, a na oczach zawiązał czarną chustkę. Córki chodziły wokół niego na paluszkach, a wieczorem starały się nie zasypiać zbyt wcześnie, żeby dosłyszeć urywki rozmów, które prowadził z ich matką. Nigdy jednak nie usłyszały niczego, co pozwoliłoby go zrozumieć, nawet przy posiłkach, kiedy jego wypowiedzi sprowadzały się do stwierdzenia, że w curry z ryby jest za dużo soli i że brakuje pieniędzy na sukienki wielkanocne. I tak się to ciągnęło, aż do kolejnego kilkumiesięcznego wyjazdu. Kiedy Dźodźo miała jedenaście lat, ten brodaty ojciec zmarł na mostku swojego ostatniego statku na atak serca, w deszczowy dzień, gdzieś w Zatoce Arabskiej. Umarł, siedząc na swoim kapitańskim krześle, z czarną chusteczką zakrywającą oczy, a załoga myślała, że on śpi. Nareszcie ma spokój, pomyślała Dźodźo. Ale one nie zaznały spokoju, ponieważ kiedy przyszła renta, okazało się, że jest niewielka. Były biedne. Matka Dźodźo nie poddawała się jednak przygnębieniu ani przerażeniu. Mam ziemię, powiedziała, ani myślę żyć pokornie i we łzach tylko dlatego, że Bóg zabrał do siebie mojego męża. Bóg jest miłosierny i zaopiekuje się nami. I udało się jej wychować dwie córki, wkładając w to wielką pracę, pokonując wielkie trudności i utrzymując wielką dyscyplinę. Na tym świecie same musicie zarobić na chleb, mówiła, pamiętajcie o tym.
- Zapytałam ją kiedyś o to, jak oni żyli razem, jako mąż i żona – powiedziała Dźodźo. – O to, jak mogła z nim wytrzymać przez te wszystkie lata, w tej nieustannej ciszy. Dlaczego.
- I co powiedziała?
- Nic. Miała zwyczaj robić coś takiego ze swoimi ustami, tak je pomniejszać, jakby była zirytowana, i zbywać cię machnięciem ręki. Jakby pytanie było głupie. A potem wracała do swojej pracy. Zawsze coś robiła.
- Kiedy umarła?