Oni, oczywiście, od razu zrobili go głową rodziny, chociaż był najmłodszy. I ten gandu wydał na nich swoje pieniądze: wszystkim kupił domy, w obrębie tego samego osiedla, i wspólnie zabrali się za robienie interesów. Rodzina znalazła mu żonę. A potem wszyscy, i bracia, i siostra, i bratowe, i szwagier, zaczęli się kłócić. Kłócili się o ziemię, o pieniądze, jak dzielić zyski z interesów i kto jest odpowiedzialny za straty. W końcu podjęto decyzję o podziale firmy i majątku. Mathu tego nie chciał, widział, jak jego złoto ucieka, ale nie mógł nic zrobić, akty własności były na rodzeństwo, a w firmie było dużo wspólników. Pozostali zawierali układy, spiskowali przeciw sobie, a Mathu chodził od jednych do drugich, prosząc, żeby byli dla siebie dobrzy, żeby zapomnieli o urazach i pamiętali o ojcu i matce.Ale spory nasiliły się i w końcu zamordowano najstarszego z braci. Pewnego ranka znaleziono go w jego biurze, z kablem od lampy zaciśniętym wokół szyi tak mocno, że aż przeciął skórę, a na ciele miał trzydzieści dwie rany kłute. Niczego nie skradziono, niczego nawet nie ruszono. Jedyne drzwi do domu były zamknięte. Policjanci prowadzący śledztwo doszli do wniosku, że ofiara musiała znać zabójcę. Za domem Mathu znaleziono zakrwawiony nóż. Mathu nie miał żadnych świadków, którzy mogliby potwierdzić, gdzie spędził poprzednią noc. Jego żona w tym czasie była z wizytą u swoich rodziców. Wszyscy jego krewni zeznali, że ostatnio zachowywał się jak wariat, przeklinał brata, wymyślał mu i groził, że go zabije. Mathu trafił więc do aresztu, a potem do więzienia, w którym miał oczekiwać na rozprawę, i tak wciąż czekał. Nie miał już żadnych pieniędzy, a nawet gdyby miał, nie mógłby wynająć adwokata. Był szalony.
- Co tam masz na tym papierze, Mathu? – zapytałem.
Skulił się, przygiął do ziemi i zaczął cichutko wyć.
- Boi się, że mu to zabierzesz. W ogólnym baraku więźniowie bawili się jego kosztem, zabierali mu papier, ołówki i pióra. Dlatego daliśmy go do staruszków. Cały dzień tylko siedzi i rysuje.
- Mathu, powiedz mi, powiedz, co rysujesz? – pogłaskałem go po ramieniu. – Daj spokój. Przecież mnie pamiętasz. Byliśmy razem na statku. Przecież mówiłeś, że mnie znasz. Znasz mnie. To ja, Ganeś Gaitonde.
W tym momencie odwrócił się do mnie, pozwolił, żebym go podniósł i wyjął papiery spod nogi. Były to jakieś skrawki papierów, stare gazety, rozprostowane i rozłożone koperty, kawałki recept i więziennych dokumentów. Każde wolne miejsce na tych świstkach było pokryte malutkimi rysunkami mężczyzn, kobiet,